Petra Reski, niemiecka dziennikarka i pisarka urodzona się w 1958 r. Jej ojciec pochodzi z Prus Wschodnich, a matka ze Śląska. Reski prz
yjeżdżała do Polski jako dziennikarka. Przeprowadzała wywiady z politykami, interesowała się teraźniejszością i perspektywami kraju.

W swojej książce wspomnieniowo-reportażowej "Daleki kraj" ("Ein Land so weit", 2000) Petra Reski opisuje  podróż, która ma charakter osobisty i prowadzi w przeszłość. Jej celem jest rodzinna wieś dziadków Ruś (Reußen) położona na Warmii w pobliżu Olsztyna. Swojska gwara spotkanej tu starej kobiety Jadwigi oraz rozmowy z innymi starszymi mieszkankami wioski budzą wspomnienia z dzieciństwa. Autorka wspomina dziadka, który jako jedyny spośród braci nie zmienił swojego polsko brzmiącego nazwiska „w akcie samorzutnej germanizacji”, pobożną babcię, u której w sypialni nad łożem małżeńskim wisiał krzyż, a obok komody stała kropielniczka z wodą święconą. Zjazdy rodzinne i rozmowy o dawnej ojczyźnie przy wspólnie oglądanych starych fotografiach kończyły się zawsze łzami. O swojej wizycie w Rusi pisze:
"Chciałam zatrzymać się dosłownie na chwilę, może zrobić parę zdjęć. Zdjęcie młyna. Zdjęcie rzeki. Zdjęcie domu, w którym urodził się mój ojciec. Zdjęcie domu pradziadków. I pojechać dalej. A tu nagle to dziwne uczucie, że coś tu na mnie czeka. Ze coś tu muszę odkryć. Jakiś znak, jakąś wskazówkę, jakiś dowód na to, że oni tu rzeczywiście byli".
W polu widzenia autorki znaleźli się współcześni mieszkańcy wioski, ostatnie mieszkające tu osoby o niemieckich korzeniach – kilka kobiet tworzących niewielką grupę autochtonów borykających się z codziennymi problemami. Grupa ta staje się medium przywołania i weryfikacji rodzinnych opowieści. U autorki urodzonej trzynaście lat po wojnie zwraca uwagę silna więż międzypokoleniowa i szczególny stosunek do miejsca, w którym mieszkali jej przodkowie. Krótki pobyt wystarcza, by poczuła pogłębiający się związek.

Autorka, urodzona po wojnie, jest uważną obserwatorką zachowań swoich przodków pochodzących ze wschodu. Są to ludzie lubiący świętować, do czego okazją staje się każde spotkanie rodzinne, także uroczystości żałobne. Wspomina, że podczas pogrzebów kaplica pękała pod naporem licznych żałobników. Uczestnicy spotkań rodzinnych oglądali zdjęcia i mówili gwarą. „Nie wymawiali niemieckich umlautów i kompletnie obojętna im była obowiązująca niemiecka składnia. I tak zachwycająco wymawiali głoskę ‘rrr’, że podejrzewam, iż ich języki i podniebienia zbudowane były inaczej niż u zwykłych ludzi”. Dziadkowie pochodzący z Warmii mówili czasami trochę po polsku. Ulubioną rozrywką w czasie hucznych świąt rodzinnych były śpiewy i tańce, tym różniły się spotkania jej krewniaków z Prus Wschodnich od spokojnych uroczystości krewnych ze Śląska, którzy uwielbiali za to dużo rozmawiać. Natomiast wschodniopruska część rodziny unikała jak ognia dyskusji, bo gdy wszyscy zaczynali mówić, zaraz przypominała się im ucieczka. Każdy taki zjazd rodzinny – wspomina autorka – kończył się odśpiewaniem Pieśni Wschodniopruskiej, przy której wszyscy płakali.